
Pewnego deszczowego dnia marca kilka lat wstecz wprowadziliśmy się do naszego nowego/starego mieszkania. Cały dobytek nasz stanowiło: dziecko, rozklekotana szara komoda, której dwie dolne szuflady już dawno odmówiły posłuszeństwa (więżąc nasze ubrania), stół, cztery krzesła, lampa podłogowa, komputer i mnóstwo książek. Ubrania trzymaliśmy w kartonowych pudłach, spaliśmy na podłodze, jedliśmy przy stole uważając się za wyjątkowych szczęściarzy. W listopadzie do rodziny dołączył kot. W styczniu Julek skończył kolejny roczek. W lipcu złamał rękę.W październiku poszedł do przedszkola. Mijały kolejne lata. I nastał kolejny lipiec. W naszym życiu pojawiła się nowa istota. Niewiele o niej wiedzieliśmy, ale pragnęliśmy ją poznać jak najszybciej. Pod koniec marca przyszła na świat Hania, która zapoczątkowała nowy etap dla naszej rodziny. Właśnie szykujemy się do następnej przeprowadzki. W głębi duszy wiem, że ostatniej w moim życiu. I cieszę się z tego ogromnie, bo wyspa do której przybijam jest tą, która swój początek miała w głębi moich marzeń.